Sezon grillowy rozpoczęty – jesienią pojawi się katar

Nad ogródkami, balkonami i w miejscach wypoczynkowych unosi się zapach pieczystego pomieszany z woniami brykietów i rozpałek. Skwierczą karkówki, kiełbaski, z rzadka warzywka. Tłuszcz kapie, a my zlizujemy go z palców popijając kolejną porcję zimnym piwem. Już nawet, jak to piszę to mam dreszcze.

 Częstym skutkiem niepohamowanego jedzenia grillowanych i tłustych potraw, do tego popijanych zimnymi napojami (niekoniecznie alkoholowymi, słodkie gazowane też w utrzymaniu zdrowia nie pomogą) jest: zaburzone trawienie w żołądku, obciążanie jelit i krzywdzenie wątroby, której w efekcie grozi stłuszczenie. Dodatkowo, takie gorące i tłuste jedzenie popijane zimnym, prowadzi do chorób układu krążenia. Oczywiście nie po pierwszym grillu. Jeśli jednak konsekwentnie zajadamy się taka strawą, to z czasem pojawia się wydzielina z nosa, podnosi się ciśnienie, pobolewa z prawej strony, złe samopoczucie w środku dnia (13:00 – 15:00).

Niektórzy po przeczytaniu tego wstępu dalej nie sięgną. „Co będę psuć sobie uroki grillowania. Potem się będę martwić”. Ktoś zrezygnuje z grilla w ogóle. A może rozwiązanie leży gdzieś po środku?

Jak zdrowo korzystać z uroków letniego biesiadowania.

 Jeśli wiesz lub podejrzewasz, że Twoje problemy trawienne wynikają z niedokwaszonego żołądka, to lepiej zrezygnować z dużej ilości zwierzęcego białka. Wiedząc, że szykuje się grillowa impreza, warto pół godziny wcześniej wypić szklankę wody z łyżeczką (lub łyżką) dobrego jabłkowego octu. Na takie okoliczności mam ocet zrobiony na bazie świeżej kurkumy, co dodatkowo wspiera wątrobę.

Moje metody na uniknięcie przejedzenia podczas grillowej biesiady:

  1. Pierwsza metoda jest skierowana do wegetarian (latem praktycznie nie jem mięsa). Nakładam na talerz małe porcje, np. jeden kawałek grillowanej cukinii zamiast czterech. Choć w przypadku cukinii to nie problem. Nakładając mięso, jego ilość stanowi różnicę J
  2. Każdy kęs żuję bardzo starannie. Często nie mam już potrzeby dokładania sobie tej samej potrawy, bo długie przeżuwanie jedzenia pozwala się nim nasycić.
  3. Nie piję niczego w trakcie jedzenia. Ale godzinę przed mięsnym grillem proponuję wypić filiżankę naparu z piołunu lub 10 mililitrów piołunówki (bardzo wspomaga trawienie).
  4. Podczas grillowania chętnie biegam do kuchni po kolejne potrawy czy naczynia, bo daje mi to możliwość ruchu i oderwania się od pokus 😉
  5. Słucham uważnie, co mówią inni, i nie jem podczas rozmowy. Bez obawy – nie kończę jedzenia głodna.
  6. Podczas grillowania odradzam łączenia mięsa ze słodyczami i owocami. Dlaczego? Zjedzenie słodyczy czy owoców po jedzeniu mięsa skutkuje gorszym trawieniem i złym samopoczuciem. Nastąpi wówczas proces fermentacji zwiększający drastycznie produkcję gazów. Fundujemy sobie wzdęcia, kolki i bóle brzucha. Ja tego nie lubię…

Jeśli jednak ktoś nie potrafi sobie odmówić objadania się, to niech przynajmniej pomoże żołądkowi w trawieniu, stosując przed jedzeniem, a nawet po, taką mieszankę przypraw: kminek, majeranek, cząber, gorczyca, estragon, bazylia, lubczyk, kolendra, chrzan i te, które smakują. Po zmieleniu wszystkich w proporcji 1:1 można posypać nimi potrawy, jak pieprzem.

Warto dołożyć ziół do jedzenia, jako … potraw 🙂 Polecam książkę Małgosi Kalemby-Drożdż „Pyszne chwasty” lub „Kwiaty jadalne”.

Troska o wątrobę

Kiepskie samopoczucie może oznaczać, że nasza wątroba pracuje ponad miarę. Za dużo jedzenia, za dużo alkoholu, za dużo słodyczy, a za mało ruchu. Moja wątroba jest zdrowa i nieźle funkcjonuje, a mimo to nie narażam jej na swoje obżarstwo. Jeśli wiem, że zjem więcej niż zazwyczaj, to przed każdym posiłkiem zjadam łyżeczkę zmielonego kminku z majerankiem.

Traktuję wątrobę jak dobrą przyjaciółkę i poklepuję ją często, napinając jednocześnie przeponę. Czasami kładę na nią ciepły termofor i robię jej masaż.

Pierwsza pomoc, czyli nalewki

Zawsze mam co najmniej trzy nalewki wspomagające układ trawienny. Moje czarne konie to: piołunówka, orzechówka i zioła szwedzkie, czyli zioła Marii Treben. Pija się je jak lekarstwo, czyli w dawkach około 15 ml (dla piołunówki to dawka maksymalna) raz dziennie. Jeśli nie mamy nalewek, warto kupić suche zioła i parzyć je, gdy zajdzie potrzeba. Moja rodzina wie, że w razie niestrawności zawsze skutecznie ją poratuję. Choć i tak sięgając po kolejną porcję jedzenia, zerkają, czy akurat nie patrzę…

Herbatki na jedzeniowe maratony

Pijam przede wszystkim gorzkie napary. Króluje piołun, który jednocześnie minimalizuje mój apetyt na słodycze, bo to, że ich unikam, nie znaczy, że nie mam na nie ochoty. Tak działają też liście orzecha włoskiego (rośnie u mamy w ogródku) i imbir, który dodatkowo powstrzymuje mdłości. Czasami zaparzam z niego herbatkę lub po prostu wkładam do ust jeden plasterek świeżego imbiru. Dodam, że pomaga również na ból głowy.

Przygotowanie naparu to prosta czynność. Wystarczy wsypać jedną łyżeczkę ziół i zalać jedną szklanką wrzątku. Poczekać 15–20 minut. Przecedzić i wypić, starając się odkryć w naparze walory smakowe. Dodam również, że tych ziół nie słodzimy, choć wiem, że jest taka pokusa.

Cieszmy się wspólnym biesiadowaniem na łonie natury, bez zdrowotnych konsekwencji. To, co zjemy dzisiaj, będzie miało wpływ na nasze samopoczucie jutro.

Smacznego grilla i zdrowej wątroby życzę
Dorota Natura Życia